- Granger – jego głos wyrwał ją z zamyślenia. – Rozumiem, że dzielenie namiotu ze mną niezbyt przypadło ci do gustu, ale racz wstać z tej ziemi, bo za chwilę spalisz sobie tą kupę siana, którą masz na głowie.
Gryfonka otrząsnęła się i dopiero teraz spostrzegła, że nie siedzi, ale już leży na ziemi i na dodatek w niebezpiecznie bliskiej odległości od ogniska, które nadal pokaźnie płonęło.
- To nie jest kupa siana – rzekła, na co on tylko prychnął. – Ile tak spałam?
- Przez 214 stron – wskazał na książkę, którą miał w ręku.
- Ciekawa? – zapytała, wstając i otrzepując się z kurzu. Snape zmarszczył brwi.
- To, że spałaś tak długo? Raczej nie… - uśmiechnął się ironicznie.
- Pytałam o książkę – mruknęła i przekręciła głowę, by odczytać jej tytuł. – Pradawne trucizny.
- Taka moja „ Historia Hogwartu” – zakpił i schował książkę, w woreczku, który wyciągnął z kieszeni. – A teraz won do namiotu, bo po mojej warcie zaczyna się twoja, więc radzę ci odpocząć, byśmy nie zginęli przez chrapiącego wartownika– wygiął usta w ironicznym uśmiechu i oddalił się.
Zrezygnowana weszła do środka namiotu, który o dziwo wcale nie była magiczny. Spojrzała zdezorientowana na dwa śpiwory, ułożone jeden przy drugim i momentalnie zrobiło jej się gorąco. Szybko się wycofała i wyszła na zewnątrz. Rozglądnęła się po polanie i zauważyła, go stojącego na samym jej brzegu i wpatrującego się w las.
- Pani profesorze… - szepnęła na tyle głośno, by ją usłyszał, a mimo to się nie odwrócił. – Panie profesorze! – jej głos przybrał zirytowany ton. Niezdarnie podniosła się z kolan i podeszła do niego – Panie profesorze!
- Granger nie jestem głuchy – warknął. – Zbudzisz cały las, a kto wie, co się w nim czai – uśmiechnął się usatysfakcjonowany, widząc w jej oczach przerażenie.
- Nasz namiot nie jest…
- Panno Granger… nie sądzę, że słowo „ nasz” jest jak najbardziej odpowiednie w tej sytuacji. Nie jesteśmy ze sobą blisko – wlepił w nią swoje ciemne oczy, obserwując ją uważnie. – mój i twój namiot… lepiej brzmi – dodał i odwrócił wzrok.
- Mój i pana namiot nie jest magiczny – dodała pośpiesznie i zarumieniła się.
- Nie? – dodał zdziwionym głosem, a dziewczyna mogłaby przysiąc, że przez jego twarz przemknął cień rozbawienia – I co w związku z tym?
- No…
- Cóż za elokwencja panno Granger? – zmarszczył brwi.
- No…
- Ach niech pani tyle nie mówi – wykrzywił usta w sarkastycznym uśmiechu.
- Musimyspaćbliskosiebie – wydusiła na jednym wydechu.
- I to panią martwi?
- A pana nie? – spojrzała na niego zaskoczona i poczuła kolejną falę gorąca, gdy obsydianowe oczy wnikliwie się w nią wpatrywały.
- Nie jestem tak zdesperowany, bym miał się obawiać tej bliskości – rzekł tonem wypranym z emocji, podczas gdy przez jego umysł przelatywały wielorakie obrazy. Poczuła się urażona. Zacisnęła dłonie w pięści.
- To nie było miłe – warknęła.
- Spodziewała się pani czegoś innego? Gryfońska naiwność – prychnął.
- Jest pan niemożliwy! – krzyknęła i z wysoko uniesioną głową wróciła do namiotu, gdzie wsunęła się w czerwony śpiwór. Miała nadzieję, że uda się jej powstrzymać nerwy na wodzy, tak jak zawsze, ale najwidoczniej była zbyt przemęczona, by kontrolować swoje zachowanie. Zamknęła oczy i poprawiła małą poduszeczkę, na której leżała. Okropny Nietoperz. Jak on mógł nie widzieć i nie doceniać szacunku, jakim go darzyła.
Ciągle zastanawiała się czy faktycznie jest taka brzydka, jak twierdzili niektórzy. Była niska, ale przecież to nic złego. Miała krągłości w pewnych miejscach, ale czy to właśnie nie one pociągają mężczyzn? Może nie była pięknością, ale jakimś stworem, na widok, którego każdy by uciekał też nie. W czym więc tkwił problem? Nie miała pojęcia. Westchnęła i wsłuchała się w dźwięki dochodzące z zewnątrz. Słyszała jego kroki. Jeden za drugim. Powolne, jakby zastanawiał się nad każdym i uważnie je przemyślał. Liście chrzęściły pod jego butami. Jeden, drugi, przerwa… zatrzymał się, zapewne coś obserwował. Po chwili znów rozpoczął swój powolny i jakże pełen gracji spacer. Nie widziała go, ale gdy tylko zamknęła oczy, jego wysoka i szczupła sylwetka pojawiała się przed nią. Wręcz czuła emanującą od jego osoby pewność siebie i mroczną aurę, która działała na kobiety niczym magnes. Wsłuchując się w jego kroki czuła się bezpiecznie. Wszystkie obawy, jakie dotąd ją przepełniały teraz gdzieś się ulotniły. Był jej aniołem stróżem, przy którym nie musiała niczego się obawiać.
- Panno Granger – jedwabisty głos, delikatnie zbudził ją z mocnego snu. Powoli otworzyła oczy, ale niczego oprócz ciemności nie zauważyła – Granger! – miły ton zniknął, robiąc miejsce temu bardziej apodyktycznemu.
- Coś się stało? – wysapała zaspana, przecierając oczy i gramoląc się ze śpiwora.
- Twoja kolej na wartę – warknął, a gdy wyszła z namiotu kontynuował. – Wbrew wszelkim plotkom, nie jestem nietoperzem i – tu zrobił stosowną pauzę.- potrzebuję snu – mruknął. Dziewczyna przyjrzała mu się uważniej. Zdecydowanie nie wyglądał najlepiej. Kiwnęła posłusznie głową. Mężczyzna skinął jej, by poszła za nim i podprowadził ją do jednego z drzew.
- Stąd masz dobre pole do obserwacji. Różdżkę trzymaj w pogotowiu i staraj się nie zasypiać. Jeśli tylko coś wyda ci się podejrzane od razu mnie budź – polecił i leniwie odwrócił od niej wzrok, gdzieś w las. Nie miał ochoty zostawiać jej samej, ale wiedział, że musi odespać te wszystkie nieprzespane godziny, które spędził na ciągłym czuwaniu.
- Panie profe…- umilkła, czując jak jej plecy uderzają w twardy pień drzewa, a umięśnione ciało mężczyzny dociska ją do niego. Jego lewa dłoń spoczęła na jej ustach. Nie zdążyła nawet pisnąć. Snape nawet na nią nie spojrzał. Jego wzrok skupiony był w miejscu gdzieś między drzewami. Jedyne, co mogła ujrzeć to jego wyraźnie wyodrębnione kości szczęki i haczykowaty nos. Na chwilę odwrócił głowę w jej stronę i zabrał lewą dłoń, po czym podniósł palec do ust, nakazując jej zachowanie ciszy. Kiwnęła nieznacznie, zbyt sparaliżowana strachem i zbyt zawstydzona, by było stać ją na coś więcej. Wpatrywała się w jego ciemne jak noc oczy z utęsknieniem, ale on najwidoczniej tego nie zauważył, gdyż od razu odwrócił wzrok. Z lasu na polanę wyszło dwóch mężczyzn, zajętych rozmową. Poczuła jak Snape napina wszystkie mięśnie, ale jego ręką wędruje po różdżkę. Gorąco opętało jej ciało, gdy jego smukłe palce zupełnie bezwiednie otarły się o jej biodro. Skupili wzrok na dwóch, niezadbanych czarodziejach, którzy zatrzymali się niecały metr od nich. Severus zacisnął palce na różdżce, gotowy w każdej chwili zaatakować przybyszów. Pozycja, w jakiej tkwili zaczęła go rozpraszać, choć nie dał tego po sobie poznać. Ciepło bijące od dziewczyny, spowodowało, że zrobiło mu się zbyt gorąco, co oczywiście wytłumaczył sobie wzrostem adrenaliny. Czuł każdy milimetr jej ciała, każdy jej oddech, każde uderzenie serca. Najgorsze było to, że nie mógł się poruszyć, by nie zwrócić na nich uwagi nieznajomych, którzy najwyraźniej nigdzie się nie spieszyli. Spojrzał na Gryfonkę, którą ciągle przypierał do drzewa. Na gacie Merlina, czy ona musi się tak na mnie gapić, jęknął w myślach, starając się opanować jak najbardziej prawidłową reakcję swojego organizmu. Snape ty stary zboczeńcu, opanuj się, toż to twoja uczennica. Co nie znaczy, że nie może być intrygująca. Zamilcz, kreaturo! Wziął głęboki oddech i wyobraził sobie profesor wróżbiarstwa, co chociaż odrobinę ostudziło emocje, które wręcz w nim wrzały. Odwrócił wzrok od jej wielkich, wystraszonych oczu, co zresztą było bardzo zrozumiałe. Też bym się przestraszył, gdybym był w jej wieku, a Slughorn przyparłby mnie do drzewa. Severusie gadasz od rzeczy. Mój umysł w tej chwili odpoczywa, gdyż muszę się skupić na czymś innym. Mężczyźni w końcu zaczęli się oddalać i po chwili zniknęli z ich pola widzenia. Snape odskoczył od uczennicy i stanął w bezpiecznej odległości bardzo spięty.
- Panno Granger… to, co przed chwilą się tu wydarzyło…- nieświadomie przeciągnął wyraz.- Było koniecznością… - rzekł chłodno.
- Ależ oczywiście panie profesorze.
Snape wzdrygnął się, gdyż ten zwrot po raz pierwszy wydał się być nie na miejscu. Brzmiał zbyt perwersyjnie jak na tą chwilę. Zmierzył ją jeszcze raz wzrokiem, odwrócił się zamaszyście na pięcie i odmaszerował do namiotu.
Stanie na warcie i spoglądanie w głąb lasu, było nudnym i przeraźliwie męczącym zadaniem, które wydawało się łatwiejsze, gdy było wypełniane przez Snape’a. Jemu wszystko przychodziło z łatwością, tymczasem ona już po pół godziny, czuła jak jej powieki stają się coraz cięższe. Musiała, co chwilę klepać się po obu policzkach, by otrzeźwieć i nie zasnąć na stojąco. Nawet emocje, które towarzyszyły jej jeszcze przez chwilę po zniknięciu profesora w namiocie nie były w stanie odgonić od niej zmęczenia. Po trzech godzinach, nastała upragniona zmiana. Mama Hermiony zajęła jej miejsce, dzięki czemu dziewczyna mogła wrócić do śpiwora i przespać resztę nocy, której zapewne zostało jej już niewiele. Przytuliła Michelle i wślizgnęła się do wnętrza namiotu. Ostrożnie, by nie nadepnąć na żadną część swojego profesora, przeszła na swoją połowę i rozsunęła swój śpiwór. Szelest, jaki wywołała, sprawił, że mężczyzna mruknął coś pod nosem i przewrócił się na drugi bok, przodem do niej. Zaciskając mocno powieki i starając się zachowywać jak najciszej uniosła się na rękach i wsunęła między materiał śpiwora. Był zimny, ale już po chwili czuła jak zaczyna się rozgrzewać, niosąc upragnione przez jej zmęczone ciało ciepło. Zamknęła oczy, ale poczuła się nieswojo, więc szybko je otworzyła.
- Nie śpi pan panie profesorze? – szepnęła, wpatrując się w dziwnie błyszczące, ciemne oczy, które przyglądały jej się badawczo.
- Granger szeleścisz tym śpiworem jak wściekła mysz w sianie – warknął i obrócił się na plecy.
- Nic nie poradzę na to, że śpi pan tak lekkim snem – burknęła.
- Nie spałem, ale czuwałem Granger, a to różnica. Myślałaś, że zasnę ze świadomością, że moje bezpieczeństwo zależy od ciebie? – zerknął na nią kątem oka, ale jedyne co zobaczył to wyraźny kontur jej twarzy. Było zbyt ciemno, by dojrzeć więcej.
- Udaje pan.. spał pan jak suseł – uśmiechnęła się do siebie.
- Nie zapominaj, do kogo mówisz – warknął.
- Ciągle mam to na uwadze – odpowiedziała – ale to nie zmienia faktu, że pan spał, ale nie chce się do tego przyznać.
- Granger!
- Tak?
- Nie drażnij się ze mną – rzekł spokojnie, ale stanowczo. – A teraz lepiej śpij.
Uśmiechnął się usatysfakcjonowany, gdy tylko zamilkła i zamknął oczy, by znów zasnąć. Tak. Severus spał i choć nie chciał się do tego przyznać, czuł się bezpiecznie. Kto jak kto, ale Panna-Wiem-To-Wszytsko umiała walczyć, o czym wiedział już od sześciu lat. Z pewnością zareagowałaby prawidłowo, wiedząc, że niebezpieczeństwo jest blisko.
- Kim była kobieta na zdjęciu? – cichy szept dziewczyny, dobiegł do jego uszu.
- Granger – obrócił się w jej stronę tak zwinnie i szybko, że aż się przestraszyła. – Nie cierpię ludzi, którzy wpychają się swoimi nosami w nie swoje sprawy – syknął, a po chwili przed dziewczyną pojawiła się jego różdżka rozświetlająca cały namiot. – Zrozumiałaś, czy te kłaki na głowie uniemożliwiają ci prawidłowy odbiór informacji?
- Zrozumiałam, ale pan wie coś o mnie, a ja o panu nic. To nie jest sprawiedliwe.
- Każda wzajemność jest ograniczeniem – mruknął, a ona nie potrafiła, odwrócić wzroku od jego dużych, czarnych oczu, które błyszczały niebezpiecznie, przez co magnetyzowały każdego, kto tylko w nie spojrzał - Granger nie rób miny Pottera!
- Ja? No wie pan co… – rzekła i odwróciła się do niego plecami, czując się głupio, że dała się przyłapać na gapieniu na niego. Przez chwilę milczeli oboje. Światło zniknęło i nastała ciemność – Nie mogę zasnąć – mruknęła i odwróciła się w jego stronę.
- Granger przeżyłem i przeżyję jeszcze trochę bez informacji na temat twoich problemów z bezsennością – mruknął stłumionym głosem i nawet się nie poruszył.
- Bardzo śmieszne, profesorze.
- Nie miało być śmieszne – warknął, coraz bardziej zirytowany jej paplaniną.
- A wyszło… zawsze twierdziłam, że ma pan bardzo ciekawe poczucie humoru – dodała, nie nadążając ugryźć się w język. Snape przez chwilę milczał, po czym odwrócił głowę w jej stronę i uśmiechnął się ironicznie.
- Dla twojej wiadomości panno Granger… gatunek Susła Lamparciego żywi się drobnymi owadami, ziarnami zbóż, ale mimo tego największym jego przysmakiem są myszy – wycedził i ledwo powstrzymał śmiech, gdy Gryfonka zaszyła się w swoim śpiworze i już nie odezwała się ani razu.
***
Deszcz głucho dudnił w szyby rezydencji położonej z dala od Londynu i ciekawskich spojrzeń. Willa, wzniesiona w staro angielskim stylu, miała już swoje lata, ale ciągle zachwycała rzadkich gości swoją wyniosłością i niezwykłym bogactwem. Duży dom, zbyt duży jak dla jednej osoby, a jednak nikt nigdy poza jej prawowitym właścicielem nie miał ochoty przebywać w tym miejscu, które odstraszało zwyczajnych mugoli, roztaczając wokół siebie aurę tajemniczości i niepewności. Niepewność zaś rodziła strach, który skutecznie gasił wszelkie pragnienia zapukania w wielkie mahoniowe drzwi. Deszcz wzmógł na sile i teraz jedyne, co było słychać w urządzonym z przepychem salonie, był rytm wybijany przez krople deszczu o stare dachówki. Błyskawica przecięła niebo, zapowiadając donośny huk, pod wpływem, którego zadrżały wiekowe mury. Mimo to smukła sylwetka w fotelu nie poruszyła się, jak gdyby nic nie było w stanie wyrwać jej z zamyślenia. Postać uniosła dłoń, w której trzymała ciemną kopertę na wysokość swoich oczu i po raz kolejny przeczytała swój adres, wypisany na papierze wąskim i drobnym pismem. Robiła to już wielokrotnie, ale do tej pory nie potrafiła w pełni uwierzyć w to, co miała przed sobą. Jej smukłe i wypielęgnowane dłonie, nigdy nieskalane fizyczną pracą, ponownie zbadały kopertę. Przesunęła palcami po chropowatym pergaminie, wyczuwając każde wyżłobienie powstałe po pociągnięciu piórem. Po raz tysięczny tego wieczoru, otworzyła kopertę i przeleciała wzrokiem po treści:
Najdroższa Laurencjo,
Z bólem przyznaję, że muszę Cię odwiedzić jeszcze w tym tygodniu. Z bólem, gdyż nie będę sam, a charakter tego spotkania nawet na chwilę nie będzie przypominał spotkania prywatnego, a jedynie służbowe, jeśli tak to można nazwać. Wiem, że nadal zamieszkujesz rezydencję na wschód od Londynu, więc tam możesz się nas spodziewać. Nigdy niczego od Ciebie nie chciałem, jednak teraz moja sytuacja zmieniła się o trzysta sześćdziesiąt stopni, a okoliczności, w jakich się znalazłem są dalekie od sielankowych. Potrzebuję Twojej pomocy i liczę, na to, że nie zapomniałaś o przyjacielu, tak jak przyjaciel nigdy nie zapomniał o Tobie, nawet, gdy tonął w odmętach nienawiści. Nie mogę Ci powiedzieć nic więcej, gdyż obawiam się o moje i Twoje bezpieczeństwo. List mógł zostać przechwycony. Liczę, że zastanę Cię w twojej rodzinnej willi i wtedy będę mógł porozmawiać z Tobą szczerze i wyjawić charakter mojej prośby.
Oczekuj nas przed zachodem słońca.
TNZOP
Odłożyła list i zamknęła oczy. Imię nadawcy nie było potrzebne. Znała to pismo, znała pergamin i doskonale wiedziała, co oznacza ciąg liter, którego użyto na samym końcu notatki. Tylko jedna osoba wchodziła w grę. Westchnęła ciężko i otarła łzę, która mimowolnie spłynęła jej po policzku.
Deszcz głucho dudnił w szyby rezydencji położonej z dala od Londynu i ciekawskich spojrzeń. Willa, wzniesiona w staro angielskim stylu, miała już swoje lata, ale ciągle zachwycała rzadkich gości swoją wyniosłością i niezwykłym bogactwem. Duży dom, zbyt duży jak dla jednej osoby, a jednak nikt nigdy poza jej prawowitym właścicielem nie miał ochoty przebywać w tym miejscu, które odstraszało zwyczajnych mugoli, roztaczając wokół siebie aurę tajemniczości i niepewności. Niepewność zaś rodziła strach, który skutecznie gasił wszelkie pragnienia zapukania w wielkie mahoniowe drzwi. Deszcz wzmógł na sile i teraz jedyne, co było słychać w urządzonym z przepychem salonie, był rytm wybijany przez krople deszczu o stare dachówki. Błyskawica przecięła niebo, zapowiadając donośny huk, pod wpływem, którego zadrżały wiekowe mury. Mimo to smukła sylwetka w fotelu nie poruszyła się, jak gdyby nic nie było w stanie wyrwać jej z zamyślenia. Postać uniosła dłoń, w której trzymała ciemną kopertę na wysokość swoich oczu i po raz kolejny przeczytała swój adres, wypisany na papierze wąskim i drobnym pismem. Robiła to już wielokrotnie, ale do tej pory nie potrafiła w pełni uwierzyć w to, co miała przed sobą. Jej smukłe i wypielęgnowane dłonie, nigdy nieskalane fizyczną pracą, ponownie zbadały kopertę. Przesunęła palcami po chropowatym pergaminie, wyczuwając każde wyżłobienie powstałe po pociągnięciu piórem. Po raz tysięczny tego wieczoru, otworzyła kopertę i przeleciała wzrokiem po treści:
Najdroższa Laurencjo,
Z bólem przyznaję, że muszę Cię odwiedzić jeszcze w tym tygodniu. Z bólem, gdyż nie będę sam, a charakter tego spotkania nawet na chwilę nie będzie przypominał spotkania prywatnego, a jedynie służbowe, jeśli tak to można nazwać. Wiem, że nadal zamieszkujesz rezydencję na wschód od Londynu, więc tam możesz się nas spodziewać. Nigdy niczego od Ciebie nie chciałem, jednak teraz moja sytuacja zmieniła się o trzysta sześćdziesiąt stopni, a okoliczności, w jakich się znalazłem są dalekie od sielankowych. Potrzebuję Twojej pomocy i liczę, na to, że nie zapomniałaś o przyjacielu, tak jak przyjaciel nigdy nie zapomniał o Tobie, nawet, gdy tonął w odmętach nienawiści. Nie mogę Ci powiedzieć nic więcej, gdyż obawiam się o moje i Twoje bezpieczeństwo. List mógł zostać przechwycony. Liczę, że zastanę Cię w twojej rodzinnej willi i wtedy będę mógł porozmawiać z Tobą szczerze i wyjawić charakter mojej prośby.
Oczekuj nas przed zachodem słońca.
TNZOP
Odłożyła list i zamknęła oczy. Imię nadawcy nie było potrzebne. Znała to pismo, znała pergamin i doskonale wiedziała, co oznacza ciąg liter, którego użyto na samym końcu notatki. Tylko jedna osoba wchodziła w grę. Westchnęła ciężko i otarła łzę, która mimowolnie spłynęła jej po policzku.